Moja historia

Narodziny matki i… córki

Swoją historię pragnę rozpocząć od przywołania wspomnienia przełomowego dla mnie doświadczenia, a mianowicie  –  narodzin mojej córki Hani. Wówczas cały mój “zwykły świat”, na który składał się pewien misternie utkany przez wiele lat obraz macierzyństwa, zatrząsł się w posadach. To, co myślałam o sobie jako o przyszłej mamie zostało skonfrontowane ze zgoła odmienną rzeczywistością.

Wyobrażenia kontra rzeczywistość

Od zawsze kochałam dzieci i wiedziałam, że chcę być mamą! Nie sądziłam jednak, że nie od razu poczuję się jak ryba w wodzie i będę potrzebowała czasu oraz wiedzy, żeby rzeczywiście się tego nauczyć. Byłam przekonana, że będę się całkowicie spełniać jako mama już od pierwszych chwil po przyjściu na świat mojego jakże wyczekanego dziecka. 

Pierwsze, co mnie uderzyło to brak odczuwania automatycznej więzi z córką. Zawsze myślałam, że jak urodzę dziecko to od razu poczuję bezgraniczną miłość i najsilniejszą z możliwych więzi. Rzeczywistość jednak nie zaserwowała żadnych fajerwerków w postaci wzniosłych doznań. Miałam w głowie słowa mojej przyjaciółki, która powiedziała mi po narodzinach jej córki, że czuje jakby się znały od zawsze. 

Takiego uczucia ja też oczekiwałam… a jednak go zabrakło. Czułam się jakbym dostała po prostu obce dziecko – kochałam je jak każdą inną maleńką, bezbronną istotkę, tuliłam, całowałam, opiekowałam się najlepiej jak potrafiłam, ale silniejszej więzi początkowo nie było. 

Drugie, co mnie uderzyło to to, że nie za dobrze znosiłam połóg, byłam obolała i do tego nie mogłam sobie poradzić z tak skąpą ilością snu. 

Natomiast trzeci aspekt ugodził mnie najbardziej – Hania przez większość czasu płakała, wiła się i krzyczała. Od samego początku dźwięk jej krzyku potrafił wwiercać się w głowę niczym wiertło stomatologiczne w ząb. Zawsze myślałam, że matka potrafi ukoić swoje dziecko w każdej sytuacji, a także zawsze czuje co mu dolega – tym bardziej, że ja przecież instynkt macierzyński wypiłam z mlekiem swojej mamy (tak przynajmniej myślałam). Kolejny raz rzeczywistość zweryfikowała bezlitośnie moje idealistyczne wyobrażenia o tym, co będzie. Jedyne co czułam to bezkresną bezradność, totalny brak tego cudownego instynktu oraz jakiejkolwiek wiedzy. Jedyne co miałam to poczucie, że jestem beznadziejną mamą i jednak się do tego nie nadaję.

Oko w oko z demonami

Jeżeli myślę o demonach, z którymi musiałam stanąć oko w oko to pojawiają mi się demony zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Takim wewnętrznym demonem był stres, utknięcie w swoich niespełnionych oczekiwaniach i o wiele niższy poziom świadomości. Wyobrażałam sobie, że skoro jestem tak ciepłą i pełną miłości matką to moje dziecko na pewno będzie spokojne i “łatwe w obsłudze”. Zazdrościłam ludziom, że mogą ze swoimi dziećmi podróżować – ja oczywiście mogłam, ale ciągły płacz mojej córki, jej niemowlęce dolegliwości brzuszkowe i nieprzespane noce wcale mnie do tego nie zachęcały. Przez pewien czas nie rozstawałam się z suszarką do włosów, bo tylko szum i ciepły powiew ją uspokajał.

Zazdrościłam ludziom, którzy mogli o każdej porze dnia włożyć malucha do chusty czy wózka i iść na spacer, nie przejmując się tak jak ja, że po karmieniu trzeba ponosić, bo jak tego nie zrobię to będzie jej się ulewało całymi strumieniami, następnie płacz, bo będzie bolał ją brzuch, itd. 

Zazdrościłam ludziom dzieci, które nie były aż tak wrażliwe na wszelkiego rodzaju bodźce wzrokowe, słuchowe czy dotykowe, że mogą z nimi uczestniczyć w różnego rodzaju gwarnych spotkaniach rodzinnych, bywać w tłocznych, głośnych miejscach, chodzić na obiad do restauracji… Zewnętrznymi zaś demonami były głównie wszystkie te osoby, które w niewspierający dla mnie sposób reagowały na krzyk Hani, a także porównywały ją z innymi dziećmi. Na początku, wszystkie uwagi i reakcje budziły we mnie złość, zakłopotanie oraz chęć walki, bądź ucieczki.

Droga do akceptacji i spełnienia

Pamiętam trzy rzeczy, które sprawiły, że wypłynęłam z tej otchłani rozpaczy. Po pierwsze, moja natura optymistki nie pozwalała mi za długo tkwić w takiej niekorzystnej – kryzysowej – i dla mnie i dla mojego otoczenia sytuacji. Drugą rzeczą było natknięcie się na cytat z książki “Przestrzeń dla rodziny” Jespera Juula, który przykuł moją uwagę na tyle, że postanowiłam sięgnąć po tę lekturę. Od tego właśnie zaczęła się moja przygoda z rozwojem w obszarze rodzicielstwa pochłaniałam wszystko o tematyce rodzicielstwa bliskości jednym tchem. Dzięki temu poszerzyłam swoją świadomość, zdobyłam wiedzę na temat poszczególnych etapów rozwoju, a co za tym idzie zachowań dzieci, roli więzi, regulacji emocji, granic, działania mózgu, a także poznałam wiele narzędzi, aby tę wiedzę efektywnie wdrażać w życie. Dodatkowo, otrzymałam również coś całkiem niespodziewanego, a mianowicie wiedzę na swój temat. 

Dzięki pracy nad moim rodzicielstwem i relacją z moim dzieckiem, przy okazji mogłam bardziej poznawać siebie. Rozpoczęłam podróż do akceptacji i miłości własnej. 

Trzeci bodziec do mojej zmiany to… moja mama. Nie znam drugiej takiej osoby, która jest tak oddana dzieciom, ma tyle cierpliwości, tak cudowne, kojące podejście. Dzieci czują się przy niej bezpieczne, kochane, rozumiane. Jako emerytowana nauczycielka w przedszkolu zdobyła wieloletnie doświadczenie w pracy z różnymi dziećmi, a także żadne zachowanie nie jest jej obce. Była od początku moją mentorką. 

Tak oto dzięki pozytywnemu nastawieniu, żądzy wiedzy i ze wsparciem najbliższych mi osób stawałam się coraz bardziej pewną, szczęśliwą i spełnioną mamą wyjątkowej córki Hani, a dziś również i wyjątkowego syna Bruna.

Esencja szczęścia

Ponadto, w miarę jak zdobywałam coraz więcej wiedzy i od razu tę wiedzę przekłuwałam w praktykę, odnajdywałam coraz większy spokój, akceptację, wdzięczność. Teraz nadal Hania jest wysoko wrażliwą osobą, której układ nerwowy szybko się przeciąża, dochodzą dla mnie nowe wyzwania, jak np. adaptacja w przedszkolu albo coroczny szał spowodowany koniecznością przerzucenia się z letnich ubrań na jesienne. Teraz też bywa trudno, jednak ja już jestem inna, inaczej sobie radzę – mam narzędzia, wiedzę, intuicję, a także ogromne pokłady empatii, wdzięczności i zrozumienia. Teraz wysoka wrażliwość mojej córki – to, że czuje więcej i bardziej, jest dla mnie ogromnym darem, a także inspiracją.

Rodzina, bliskie relacje, a w szczególności właśnie dzieci są moją największą wartością. W moim świecie dzieci to prawdziwa esencja szczęścia. Teraz jestem wdzięczna, że początki życia z moim pierwszym dzieckiem były aż tak trudne, ponieważ ta sytuacja zaprosiła mnie do tego, abym to ja sama rozwinęła swoje skrzydła, początkowe poczucie porażki stało się siłą napędową w moim własnym procesie rozwoju.

Rozkwit potencjału

W obszarze rozwoju osobistego przełomowym dla mnie doświadczeniem było zetknięcie się z lekturą pt: “Dorosłe dzieci niedojrzałych emocjonalnie rodziców” Lindsay C. Gibson. Ta lektura uświadomiła mi co jest moje, a co zostało mi przekazane przez rodziców. Chociaż dali mi to, co najważniejsze – poczucie bycia kochaną, ważną i bezpieczną, to jednak jako dziecko nadopiekuńczej mamy i wyręczającego taty borykałam się również z niskim poczuciem własnej wartości i niską pewnością siebie.  To, czego po drodze się nauczyłam to to, że dłużej tak być nie musi, i że mogę zacząć kształtować swój świat i siebie w nim po swojemu – bardziej wspierająco i świadomie. 

Tak oto wstąpiłam na dalszą ścieżkę szkoleń i rozwoju osobistego, a tym samym  zbliżania się do siebie. Im byłam bardziej świadoma, tym więcej pojawiało mi się wątpliwości związanych z tym, co chcę robić w życiu. Chciałam robić coś, co ma dla mnie sens, najlepiej związanego z dziećmi. Wizja powrotu do “klepania” faktur w korporacji, chociaż głos w głowie podpowiadał, że to bezpieczne, była coraz bardziej nie do przyjęcia.

Dziecko Wysoko Wyjątkowe

“Wszechświat” (a może byłam po prostu gotowa?) tym razem również zesłał mi wsparcie w podjęciu decyzji – poznałam coaching, który jest niesamowicie wzbogacającą, głęboką formą pracy z ludźmi. Postanowiłam połączyć moje doświadczenia w roli mamy, z wieloletnim rozwojem, zarówno  osobistym, jak i w zakresie rodzicielstwa bliskości, a także technikami oraz narzędziami zmiany. 

Tak oto powstała marka Dziecko Wysoko Wyjątkowe, której główną misją jest pomoc zagubionym, rozdartym i zapracowanym rodzicom. 

A w szczególności kobietom, które tak jak ja na początku, nie czują się wystarczającymi mamami, nie potrafią słuchać siebie – podążać za swoją intuicją, są przytłoczone trudnościami, a także nie wiedzą jak reagować na problemowe zachowania swoich dzieci. Zapraszam Cię do dwóch podróży – pierwszej – w głąb Ciebie, aby poznać i zatroszczyć się o Twój świat wewnętrzny oraz drugiej – do stworzenia bliskiej relacji z Twoim dzieckiem.